Mejkap

Dnia każdego z rana matka stara się do człowieka upodobnić.
Zaczyna od mycia, żeby nie śmierdzieć jak skunks.
Później ubieranie, czesanie i malowanie.
Trzeba się trochę podszpachlować, żeby nie straszyć no. W końcu wśród ludzi się pracuje.

Mejkap zazwyczaj jest delikatny. Cienie, odrobina różu, tusz i w okresie jesienno-zimowym puder. Nic więcej. Lekka szpachelka i jazda.

No i dziś, jak co rano wzięłam się za malowanie.
Puderek, cień. I biorę się za tusz. Patrzę w lusterko i uśmiecham się do siebie. "No zajebiaszczo, że tak powiem". Myśl, jakże pozytywna. Czuję się fajnie, po prostu.

I wtem ni z tego ni z owego pojawia się ona. Wyłania się z korytarza niczym zjawa. Staje na przeciwko mnie i zagaduje.
Mała: Mama psytulimy się?
Ja: Yhym. Za chwilkę. Tylko się umaluję do końca, ok?

I nagle cisza. Patrzę na nią. Ona na mnie. I przygląda się. I nos marszczy.

Mała: Jezus mama, wyglądas stlasnie!

I tak oto bilans poranka w samych pięknych kolorach się wymalował:
- samoocena spadła na łeb i szyję,
- nie ma dla mnie nadziei, bo nawet mejkap mnie nie uratuje,
- musze pozostać w zamknięciu na lata świetlne.

No nie ma to, jak prawdziwa miłość matki do córki, o!

6 komentarzy:

  1. haha wybacz,uśmiałam się do łez ^_^

    OdpowiedzUsuń
  2. Proponuję w ramach zemsty skrytykować następną stylizację Małej! A niech pozna zawczasu co to kobieca przyjaźń;)

    OdpowiedzUsuń
  3. ooo, niech pozna życie od razu:p

    OdpowiedzUsuń
  4. "Stlasnie" pięknie, tylko jej mowę zatkało z Twej urody i zapomniała dodać ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. yhym ;)
    juz sie pogodzilam z byciem Quasimodo :p

    OdpowiedzUsuń