Jak to było z tą śpiącą królewną?



Mała przeżywa okres fascynacji bajkami. Oczywiście bajkami z księżniczkami w roli głównej. Marzy o długich sukniach, cudownych mocach, pięknych pałacach czy też ślicznych księciach. Takie już prawa dzieciństwa (szkoda, że nie dorosłości), że bajki fascynują a ogromna wyobraźnia i dziecięcy optymizm nie znają słowa „niemożliwe”. Piękne jest pod tym względem dzieciństwo, a nawet najpiękniejsze.

Także weekendy to najczęściej babskie popołudnia. Ja, Mała, do tego galaretka, jabłko albo raz na jakiś czas bita śmietana i oglądamy. Oglądamy na ekranie te wszystkie piękne księżniczki i książąt. Na tapecie ostatnio jest ”Piękna i bestia”, „Kopciuszek”, „Merida Waleczna” czy też „Śpiąca królewna”. I na tą ostatnią padło w ostatni weekend.

Oglądamy sobie tą śpiącą, oglądamy. Wersja z 1937 roku, z tym polskim dubbingiem o charakterystycznych brzmieniach. Cudo. I dochodzimy do momentu, w którym wielki finał następuje. Przyjeżdża książę na białym koniu, zakochany do granic możliwości i całuje to blade lico. Całuje pocałunkiem pierwszej miłości. A wtedy ona oczy otwiera, przeciąga się i do życia wraca. Pięknie, pięknie. I wtedy Mała komentarz odpowiedni dodaje…

Mała: Mamo pats, śpiąca klólewna zazyła!

Także drodzy moi, to nie miłość. Obalamy romantyczne szity. Ona po prostu zażyła;)


4 komentarze:

  1. rozbrajający komentarz :) haha :D

    OdpowiedzUsuń
  2. tez tak uważam;)
    ale przynajmniej sama prawda:p

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdzie ta romantyczność, no gdzie?

    OdpowiedzUsuń
  4. będzie zaraz po tym jak zażyjesz:p

    OdpowiedzUsuń