Arielka

Dziś rano wstałam, jak zwykle kiedy dzień mojego wstawania. Było to jakieś półtorej godziny wcześniej niż wczoraj Małż. Nic nie przepowiadało tragedii, kiedy wkraczałam do salonu. Ale chwilę po mnie pojawiła się ona. Fryzjerka.

Na oko wzrost około 105 cm, lat około 5. Myślę sobie, że Małe łapki będą zwinne więc czemu nie. Zaprosiła mnie na fotel,a raczej na kanapę. Przyniosła sprzęt. Gumki i gumeczki, spinki i spineczki. Zakręciło mi się w głowie od tego nadmiaru. Ale nic to, położyłam się na kanapę. Tak położyłam, bo to relaksacyjny fryzjer. Przynajmniej tak mi się wydawało, kiedy zostałam poproszona o zajęcie pozycji horyzontalnej.

Mała: Dzień dobry. Witam w naszym salonie. Pani kochana my czeszemy mężczyzn na diabla tasmańskiego a kobiety na arielkę albo księżniczki. Co Pani chce?
Myślę sobie, że choć raz w życiu chce mieć poczucie, że potrafię pływać doskonale, choćby w myślach i wybieram arielkę. Poddaje się i się zaczyna.

Najpierw coś na kształt masaż polegającego na kręceniu włosów na palcu. Taka relaksacja, a jednocześnie trzymanie klienta w rzeczywistości, kiedy palec nakręca te włosy na maksa. Tak, że aż skóra na głowie się napina. Do tego szczotkowanie brwi i rzęs. Pewnie wyglądam, jakbym nieźle została podrapana ale nic to myślę sobie. Nic to i leżę dalej.

Salon nie posiada lokówki, wiec włos kręci się na zwykłą szczotkę z rainbow dash. Zabieg wymaga powtarzania zanim włos się ugnie. Efekt tego taki, że szczotka pozostaje we włosach i trzeba samemu ja sobie wyjąć. Niestety szczotka jest uparta, więc trzeba być bardziej upartym niż ona. Ale w końcu dochodzimy do momentu czesania.

Na moja prośbę o warkoczyk usłyszałam, że fryzjerka nie potrafi, więc nie da rady. Chciałam jej trochę pomóc i pokazać co i jak, ale w zamian usłyszałam, że to za trudna robota, więc albo bez warkoczyka albo inna fryzjerka mnie przejmuje. No to myślę sobie, że nie będę ryzykować. Tak więc kucyka nie mam. I siedzę cicho i spokojnie w obawie przed byciem totalnie łysą. Każdy ruch może skończyć się tragicznie.

Później zaczęło się wpinanie spinek. No to był hardkore. Bo jak się w skórę nie wbiło to był znak, że wystarczająco się nie wpięło. Po drodze dowiedziałam się, że za dużo chcę i za długo, a moja fryzjerka musi iść na drinka z koleżankami. I tak bez krępacji mi o tym mówiła. Po czym dodała, że nie mogę ślinić spinek. Absolutnie. Nie ma ślinienia spinek i już. Nie wiem czemu miałoby to służyć, no ale czemu by nie służyło nie wolno.

Na koniec w gratisie dostałam okulary przeciwsłoneczne z tekstem "Będzie fajnie". Dodam tylko, że okulary były moje własne więc gratis trafił bezbłędnie w gust. Nie wiem czy jest jakakolwiek fryzjerka, która daje takie bezbłędne gratisy. I to od razu z całą historią, bo przecież te okulary towarzyszyły mi wielu różnych momentach.

Strasznie pokręcony ten gabinet fryzjerski.

Efekt taki, ze włosów mam jakby mniej, dziur w głowie jakby więcej, zakaz ślinienia spinek i jestem zbyt wymagająca. Plus jeden ekstra gratis.

Coś czuje,że w tym zakładzie pojawię się jeszcze nie raz.

 Poniżej ja w stylu "na arielke". Majstersrztyk, nie?





Może następnym razem zaryzykować i poprosić o diabla tasmańskiego. W końcu w życiu trzeba zaszaleć!

5 komentarzy:

  1. Arielka pierwsza klasa :) Ile frzyzjerka wzięła ?:) Pytam bo może i ja się do niej zapisze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdolniacha z tej twojej pociechy :) a Arielka to najukochańsza ksieżniczka mojej córki :)

    OdpowiedzUsuń
  3. no to matko wybierz się do fryzjera i zrób się na arielę;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda, że tak do pracy nie poszłaś ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. właśnie nie pomyślałam, ale coś się nadrobi. Fryzjera mam 24h na dobę ;)

    OdpowiedzUsuń